wtorek, 16 grudnia 2014

` Płatki Śniegu #1 + PRZYWITANIE :3

Otworzyła oczy. Znów była na pokładzie białego, nienaturalnie czystego, luksusowego samolotu. Siedziała, a wręcz leżała z nogami wyciągniętymi na siedzenie naprzeciwko, w wygodnym, skórzanym także białym fotelu. Tę nieskazitelną biel zakłóciła jedynie plama z czekolady kapiącej na podłogę. Batonik rozpuścił się i wypływał wolnymi falami po siedzeniu. Aby nie mieć już na sam początek problemów, szybko wytarła mokrą chusteczką miejsce zbrodni i została tylko malutka kropeczka po zaschniętej czekoladzie.
Machinalnie spojrzała za okno, mimo ciężkiej choroby lokomocyjnej. Po upewnieniu, że nie ma niczego, co mogło ją doprowadzić do nudności przyjrzała się bliżej szklanemu okienku a dokładniej zawartości za nim. Nie było nic widać, prócz miękkim, grubym obłokom chmur, ale gdy poczekało się cierpliwie można było dostrzec malutkie, prawie nie widoczne bialutkie kropeczki. Spadały one lekko, niby tańcząc w rytm powiewu wiatru. Znikały pod powierzchnią puchu kiedy odtańczyły swoją rolę. Spadały i tonęły... spadały i tonęły... spadały i...
Odwróciła głowę. Łzy cisnęły się jej pod powiekami jak rwące górskie potoki. W końcu jedna łza zdołała uciec i popłynęła w dół. Następnie poczuła w ustach słony, znajomy smak. Smak wspomnień, bólu i żalu oraz poczucia winy. Nie chciała znów wracać do tego myślami, więc powędrowała wzrokiem na plamkę, którą nie starła. Nie było jej. Zniknęła pod warstwą mięsistego dywanu. Już na zawsze - tak jak jej mama...
Z torby wyciągnęła swój zeszyt i długopis. Na jedynej czystej kartce zaczęła zapisywać to co na każdej innej. Tak kazał jej psycholog po długiej, wyczerpującej i bolesnej rozmowie jaką z nią przeprowadził. Tylko jemu zaufała na tyle, by zwierzyć się ze swoich uczuć. No, z niektórych. Nie mogła powiedzieć wszystkich, bo większość można zachować tylko w sercu, nie należy ich pokazywać światu dziennemu. Należy z nimi walczyć w środku.
Ostra końcówka długopisu dotknęła cienkiego papieru.
' Nazywam się Avril Collins. Do niedawna mieszkałam w Nowym Jorku, jednak teraz przeprowadzam się do Polski do Warszawy wraz z tatą. Poznam nowych super znajomych, nie zapomnę o starych. Zapomnę o przykrych wspomnieniach i chwilach, które... '
Nagle zrozumiała dlaczego musi to codziennie pisać. To był test. Test który pewien człowiek sprytnie ukrył w jakże prostym zadaniu. Poczuła przypływ złości. Dała się wplątać w emocjonalną pułapkę. Ktoś próbował wmówić jej uczucia, a ona jak dziecko dała się nabrać. Na środku kartki, wielkimi drukowanymi, krzywymi literami napisała:
' NIEKTÓRYCH NIE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ... '
~
Obudziła się znów. Była taka wykończona, że nie rozróżniała jawy od snu. Samolot jechał po pasie startowym. To, co na górze przypominało bajkową, puchową krainę bajek, na dole zamieniło się w szaroczarną, mazistą breję, rozchlapującą się na wszystkie boki. Śmieci walały się po całym lotnisku, jak obłąkane psy. Zrobiło się szaro na dworze. Świat przestał być nieskazitelny, ukazał swoje prawdziwe oblicze. To na górze, było pięknym kłamstwem, chwilową ulgą, jednak czas powrócić do brudnej prawdy. Był najwyższy czas by zabrać rzeczy i zmierzyć się z rzeczywistością. Wiadomo jednak kto wygra...
Ludzie często się na nią patrzyli. Jednak ona była do tego przyzwyczajona. Te dziwne spojrzenia, ciche szepty... Nic dziwnego, mimo iż była naprawdę ładna snuła się jak duch po ziemi. Szaro-niebieskie głębokie oczy prześwietlały każdą napotkaną duszę by sprawdzić czy nie sprawią dziewczynie cierpienia. Nie było aż tak źle – jeszcze kilka miesięcy temu bała się nawet wyjść z łazienki. Jednak od ostatniej wizyty u psychologa postanowiła się zmienić. Nie było to oczywiście proste, bo ludzie z traumą tacy jak ona nie potrafią tak łatwo się zmienić, ale małymi kroczkami można wiele zdziałać. Najpierw trzeba polepszyć stosunki z tatą. To nie jego wina, że nie umie jej pomóc. Często sama słyszała jak cicho, prawie bez głośnie płakał w sypialni. Oboje przeżyli śmierć Rebeccki Collins bardzo emocjonalnie, choć żadna ze stron nie chciała teko okazać.
Zbliżali się do końca hali lotniskowej. Avril założyła ciepłą kurtkę zimową na siebie i czapkę. Potrzymała tacie spore bagaże aby i on mógł się ubrać. Kiedy byli gotowi znów ruszyli i weszli w zatłoczone wejście. Cudem udało im się nie zgubić pośród plątaniny ludzi, a bagaże ledwo przepchali przez drzwi. Po wyjściu na zewnątrz od razu poraziło ją lodowate powietrze. Chłód ogarniał ją całą, od czubka głowy do koniuszków palców. W jej rodzinnym mieście zimy były o wiele mniej sroższe niż tu. Z ledwością mogła oddychać. Z tego wszystkiego stanęła jak wryta na środku przejścia, a przechodzący ludzie potrącali ją. Jej tata miał podobnie – mimo iż wiele razy bywał w Polsce, w różnych porach roku, jeszcze nigdy nie doznał takiego czegoś.
- Przyzwyczaisz się do tego klimatu. - powiedział nagle uśmiechając się do córki szeroko.
-Hmm, oby. - odpowiedziała, czyniąc to samo.
Odsunęli się na bok hali, gdyż ludzie zaczęli już dziwne na nich patrzeć. Kiedy dziewczyna przysunęła się bliżej zielonego krzewu rosnącego nieopodal poczuła wspaniałą woń zimowego lasu. Kiedy była mała wybierała się przed świętami na zakupy z rodzicami i w jakimś małym sklepiku kupowała świeczkę zapachową o takiej samej woni. Ten zapach zawsze jej przypominał święta, gdziekolwiek była. Po dłuższym czasie okazało się że cały parking jest obsadzony tymi wspaniałymi roślinami. Avril mogłaby stać i wąchać krzewy w nieskończoność, ale ku radości taty podjechała czarna jak węgiel taksówka. Po załadowaniu bagaży do niej (co było małym problemem, bo taksówka okazała się stanowczo za mała) ojciec i córka wsiedli do samochodu. Avril nie znała tak dobrze języka, na szczęście z pomocą przyszedł Pan John, który kochał ten trudny, ale piękny język. Dziewczyna nie była zbytnio podobna do ojca. On kochał książki, znał wiele języków i był niezwykle mądry. No i był chirurgiem. Miał czarne jak sadza włosy. Ona nie lubiła książek i nie była mądra. Jej kasztanowe włosy sięgały do połowy pleców. Tylko jedna rzecz była w stanie udowodnić, że byli rodziną – oczy.
Włączyła swojego i-poda i założyła białe słuchawki. Muzyka leciała cicho, a ona wsłuchiwała się w każdą nutę z jak największą dokładnością. W tylko jednej dziedzinie była naprawdę dobra – w muzyce. Kochała ją, mogła śpiewać dniami i nocami. Ale tylko w samotności. Kiedy żyła mama obie ' fałszowały ' razem popołudniami. To dla niej zadedykowała swój pierwszy występ. Kiedy zdarzył się wypadek straciła wiarę w siebie. Tak jakby umarła razem z mamą. Już nigdy więcej nie występowała publicznie.
Spojrzała za okno. Ciągnął się za nim rozmazany świat. Rozmyślając nie zauważyła, że są już w połowie drogi do nowego domu – nowego życia. Zamknęła oczy, a gdy je znów otworzyła zobaczyła już tylko białe płatki śniegu...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie na blogu! :3
 Jest to pierwsze opowiadanie, mam nadzieję, że się podobało :3 Taki trochę smutny rozdział, no ale niektórzy wiedzą co musi przeżywać główna bohaterka. Strata ukochanej mamy, przeprowadzka w nowe, nieznane miejsce,... itp. Ale już nic więcej nic nie zdradzam ;D Obiecuję, że w następnych rozdziałach będzie więcej humoru ^^ Jeżeli wam się podobało - komentujcie ;)