Otworzyła
oczy. Znów była na pokładzie białego, nienaturalnie czystego,
luksusowego samolotu. Siedziała, a wręcz leżała z nogami
wyciągniętymi na siedzenie naprzeciwko, w wygodnym, skórzanym
także białym fotelu. Tę nieskazitelną biel zakłóciła jedynie
plama z czekolady kapiącej na podłogę. Batonik rozpuścił się i
wypływał wolnymi falami po siedzeniu. Aby nie mieć już na sam
początek problemów, szybko wytarła mokrą chusteczką miejsce
zbrodni i została tylko malutka kropeczka po zaschniętej
czekoladzie.
Machinalnie
spojrzała za okno, mimo ciężkiej choroby lokomocyjnej. Po
upewnieniu, że nie ma niczego, co mogło ją doprowadzić do
nudności przyjrzała się bliżej szklanemu okienku a dokładniej
zawartości za nim. Nie było nic widać, prócz miękkim, grubym
obłokom chmur, ale gdy poczekało się cierpliwie można było
dostrzec malutkie, prawie nie widoczne bialutkie kropeczki. Spadały
one lekko, niby tańcząc w rytm powiewu wiatru. Znikały pod
powierzchnią puchu kiedy odtańczyły swoją rolę. Spadały i
tonęły... spadały i tonęły... spadały i...
Odwróciła
głowę. Łzy cisnęły się jej pod powiekami jak rwące górskie
potoki. W końcu jedna łza zdołała uciec i popłynęła w dół.
Następnie poczuła w ustach słony, znajomy smak. Smak wspomnień,
bólu i żalu oraz poczucia winy. Nie chciała znów wracać do tego
myślami, więc powędrowała wzrokiem na plamkę, którą nie
starła. Nie było jej. Zniknęła pod warstwą mięsistego dywanu.
Już na zawsze - tak jak jej mama...
Z
torby wyciągnęła swój zeszyt i długopis. Na jedynej czystej
kartce zaczęła zapisywać to co na każdej innej. Tak kazał jej
psycholog po długiej, wyczerpującej i bolesnej rozmowie jaką z nią
przeprowadził. Tylko jemu zaufała na tyle, by zwierzyć się ze
swoich uczuć. No, z niektórych. Nie mogła powiedzieć wszystkich,
bo większość można zachować tylko w sercu, nie należy ich
pokazywać światu dziennemu. Należy z nimi walczyć w środku.
Ostra
końcówka długopisu dotknęła cienkiego papieru.
'
Nazywam się Avril Collins. Do niedawna mieszkałam w Nowym
Jorku,
jednak teraz przeprowadzam się do Polski do Warszawy wraz z tatą.
Poznam nowych super znajomych, nie zapomnę o starych. Zapomnę o
przykrych wspomnieniach i chwilach, które... '
Nagle
zrozumiała dlaczego musi to codziennie pisać. To był test. Test
który pewien
człowiek
sprytnie ukrył w jakże prostym zadaniu. Poczuła przypływ złości.
Dała się wplątać w emocjonalną pułapkę. Ktoś próbował
wmówić jej uczucia, a ona jak dziecko dała się nabrać. Na środku
kartki, wielkimi drukowanymi, krzywymi literami napisała:
'
NIEKTÓRYCH NIE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ... '
~
Obudziła
się znów. Była taka wykończona, że nie rozróżniała jawy od
snu. Samolot jechał po pasie startowym. To, co na górze
przypominało bajkową, puchową krainę bajek, na dole zamieniło
się w szaroczarną, mazistą
breję, rozchlapującą się na wszystkie boki. Śmieci walały się
po całym lotnisku, jak obłąkane psy. Zrobiło się szaro na
dworze. Świat przestał być nieskazitelny, ukazał swoje prawdziwe
oblicze. To na górze, było pięknym kłamstwem, chwilową ulgą,
jednak czas powrócić do brudnej prawdy. Był najwyższy czas by
zabrać rzeczy i zmierzyć się z rzeczywistością. Wiadomo jednak
kto wygra...
Ludzie
często się na nią patrzyli. Jednak ona była do tego
przyzwyczajona.
Te dziwne spojrzenia, ciche szepty... Nic dziwnego, mimo iż była
naprawdę ładna snuła się jak duch po ziemi. Szaro-niebieskie
głębokie oczy prześwietlały
każdą napotkaną duszę by sprawdzić czy nie sprawią dziewczynie
cierpienia. Nie było aż tak źle – jeszcze kilka miesięcy temu
bała się nawet wyjść z łazienki. Jednak od ostatniej wizyty u
psychologa postanowiła się zmienić. Nie było to oczywiście
proste, bo ludzie z traumą tacy jak ona nie potrafią tak łatwo się
zmienić, ale małymi kroczkami można wiele zdziałać. Najpierw
trzeba polepszyć stosunki z tatą. To nie jego wina, że nie umie
jej pomóc. Często sama słyszała jak cicho, prawie bez głośnie
płakał w sypialni. Oboje przeżyli śmierć Rebeccki Collins
bardzo emocjonalnie, choć żadna ze stron nie chciała teko okazać.
Zbliżali
się do końca hali lotniskowej. Avril założyła ciepłą kurtkę
zimową na siebie i czapkę. Potrzymała tacie spore bagaże aby i on
mógł się ubrać. Kiedy byli gotowi znów ruszyli i weszli w
zatłoczone wejście. Cudem udało im się nie zgubić pośród
plątaniny ludzi, a bagaże ledwo przepchali przez drzwi. Po wyjściu
na zewnątrz od razu poraziło ją lodowate powietrze. Chłód
ogarniał ją całą, od czubka głowy do koniuszków palców. W jej
rodzinnym mieście zimy były o wiele mniej sroższe niż tu. Z
ledwością mogła oddychać. Z tego wszystkiego stanęła jak wryta
na środku przejścia, a przechodzący ludzie potrącali ją. Jej
tata miał podobnie – mimo iż wiele razy bywał w Polsce, w
różnych porach roku, jeszcze nigdy nie doznał takiego czegoś.
-
Przyzwyczaisz się do tego klimatu. - powiedział nagle uśmiechając
się do córki szeroko.
-Hmm,
oby. - odpowiedziała, czyniąc to samo.
Odsunęli
się na bok hali, gdyż ludzie zaczęli już dziwne na nich patrzeć.
Kiedy dziewczyna przysunęła się bliżej zielonego krzewu rosnącego
nieopodal poczuła wspaniałą woń zimowego lasu. Kiedy była mała
wybierała się przed świętami na zakupy z rodzicami i w jakimś
małym sklepiku kupowała świeczkę zapachową o takiej samej woni.
Ten zapach zawsze jej przypominał święta, gdziekolwiek była. Po
dłuższym czasie okazało się że cały parking jest obsadzony tymi
wspaniałymi roślinami. Avril mogłaby stać i wąchać krzewy w
nieskończoność, ale ku radości taty podjechała czarna jak węgiel
taksówka. Po załadowaniu bagaży do niej (co było małym
problemem, bo taksówka okazała się stanowczo za mała) ojciec i
córka wsiedli do samochodu. Avril nie znała tak dobrze języka, na
szczęście z pomocą przyszedł Pan John, który kochał ten trudny,
ale piękny język. Dziewczyna nie była zbytnio podobna do ojca. On
kochał książki, znał wiele języków i był niezwykle mądry. No
i był chirurgiem. Miał czarne jak sadza włosy. Ona nie lubiła
książek i nie była mądra. Jej kasztanowe włosy sięgały do
połowy pleców. Tylko jedna rzecz była w stanie udowodnić, że
byli rodziną – oczy.
Włączyła
swojego i-poda i założyła białe słuchawki. Muzyka leciała
cicho, a ona wsłuchiwała się w każdą nutę z jak największą
dokładnością. W tylko jednej dziedzinie była naprawdę dobra –
w muzyce. Kochała ją, mogła śpiewać dniami i nocami. Ale tylko w
samotności. Kiedy żyła mama obie ' fałszowały ' razem
popołudniami. To dla niej zadedykowała swój pierwszy występ.
Kiedy zdarzył się wypadek straciła wiarę w siebie. Tak jakby
umarła razem z mamą. Już nigdy więcej nie występowała
publicznie.
Spojrzała
za okno. Ciągnął się za nim rozmazany świat. Rozmyślając nie
zauważyła, że są już w połowie drogi do nowego domu – nowego
życia. Zamknęła oczy, a gdy je znów otworzyła zobaczyła już
tylko białe płatki śniegu...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie na blogu! :3
Jest to pierwsze opowiadanie, mam nadzieję, że się podobało :3 Taki trochę smutny rozdział, no ale niektórzy wiedzą co musi przeżywać główna bohaterka. Strata ukochanej mamy, przeprowadzka w nowe, nieznane miejsce,... itp. Ale już nic więcej nic nie zdradzam ;D Obiecuję, że w następnych rozdziałach będzie więcej humoru ^^ Jeżeli wam się podobało - komentujcie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz